|
Strona 1 z 2
Strategiczne bombowce u wybrzeży Ameryki, okręty wojenne na Morzu Śródziemnym – rosyjska armia znów pręży muskuły.
Miliardy
rubli inwestowane są w nowe rodzaje broni. Ale gdzie Kreml widzi wroga?
Dlaczego podejmuje ryzyko nowego atomowego wyścigu zbrojeń z
Waszyngtonem?
O jedenastej wieczór, gdy księżyc odbija się w wolno toczącej swe wody
Wołdze, gdy stepy oddają ciepło dnia, gdy zamykają się drzwi ostatnich
knajp w Jekaterinogrodzie i Pokrowsku – starych prowincjonalnych
miastach na lewym brzegu rzeki, dziś noszących nazwy Marks i Engels –
wtedy Giennadij Stiekaczow wyrusza w drogę do światowej polityki. I
każdy go słyszy.
Stukają okiennice przygarbionych ze starości domów, które przed 250
laty zbudowali osadnicy z Niemiec, migoczą szyby w blokach z sowieckich
czasów. W tym momencie Stiekaczow pędzi w swoim ważącym 150 ton
bombowcu strategicznym po pasie lotniska i wraz z siedmioma kolegami
wznosi się w nocne niebo.
Zwykle bierze kurs na północ: w stronę Oceanu Arktycznego i Morza
Barentsa, potem skręca ostro na zachód wokół Przylądka Północnego.
Najpóźniej przed norweskim wybrzeżem pojawiają się pierwsze
zaalarmowane myśliwce NATO. Towarzyszą Tu-95 wzdłuż Szetlandów i Wysp
Owczych aż do wybrzeży Ameryki. Francuskie Mirage, brytyjskie Tornado,
norweskie F-16.
16 godzin w powietrzu, nad oceanem, a na pokładzie nie ma nawet
toalety. Za to nerwy są napięte jak postronki – gdy przeciwnik krąży
pod maszyną Stiekaczowa, która może przenieść 16 pocisków
samosterujących w najbardziej odległe zakątki świata.
Od kiedy Rosja zaczęła ponownie wysyłać swoje strategiczne siły
powietrzne na loty patrolowe w świat, po 15-letniej przymusowej
przerwie, bo brakowało pieniędzy, Stiekaczow znów widzi sens w
wykonywaniu swojego zawodu. – W ciągu czterech miesięcy moja załoga
siedem razy dotarła prawie do wybrzeży Ameryki – chwali się.
Podpułkownik z dziury nad Wołgą, o której nikt na świecie nie słyszał,
musiał na to czekać 15 lat.
(...) Na lotniskach miasteczka Engels stacjonuje dzisiaj 22. Gwardyjska
Dywizja Bombowców z 37. Strategicznej Armii Lotnictwa Wojskowego.
Jednostka ta w przypadku konfliktu nuklearnego ma przenieść rosyjskie
bomby atomowe nad cele na terytorium wroga. Dysponuje 33 ciężkimi
bombowcami: 18 czteromotorowymi maszynami śmigłowymi typu Tu-95,
zwanymi w żargonie NATO "niedźwiedziami", o zasięgu 15 tys. kilometrów,
i 15 odrzutowymi Tu-160, w pojęciu samych Rosjan najpotężniejszymi
latającymi fortecami świata, które pędzą z szybkością 2 tys. kilometrów
na godzinę, a na pokładzie mogą zmieścić 40 ton. Zachód nazywa je
"blackjack".
Jeszcze dziesięć lat temu nie stała tu żadna maszyna. Poprzednik
Władmira Putina, Borys Jelcyn, kazał rozmontować większość bombowców.
Ale dziś transparent zawieszony na bramie wjazdowej do bazy lotniczej
wzywa jej mieszkańców, by pomnażali "chwałę rosyjskiego oręża".
Od zeszłego roku, gdy w Rosja wydała rozkaz startu swoim samolotom
dalekiego zasięgu, a one, jak za czasów Związku Radzieckiego, zaczęły
pojawiać się na ekranach radarów na zachodniej półkuli, zbliżać się na
centymetry do granic Wielkiej Brytanii, przelatywać nad amerykańskim
lotniskowcem "Nimitzem", a nawet nad niezamieszkaną japońską wyspą
(Tokio wysłało wtedy dwa tuziny samolotów bojowych, by przepędziły
intruzów), między Wschodem i Zachodem znów zapanowała "mała zimna
wojna". – Naszym zadaniem jest pokazać, że skoro potrafimy polecieć tak
daleko, jesteśmy także w stanie przenieść tam broń – mówi generał major
Paweł Androsow, dowódca rosyjskiego lotnictwa strategicznego.
Rosyjska armia, licząca 1,1 miliona żołnierzy, wciąż jedna z
największych na świecie, znowu akcentuje swoją obecność, i to nie tylko
w powietrzu. Rosyjska flota prowadzi manewry na Atlantyku i Morzu
Śródziemnym. W lutym z doku wypłynął "Jurij Dołgoruki", pierwszy okręt
podwodny nowej generacji, kolos, który może odpalić 16 rakiet atomowych
i przebywać w zanurzeniu przez sto dni. Na lato zaplanowano wielkie
manewry floty Morza Północnego i Pacyfiku na jednym z oceanów. Dowódcą
będzie prezydent Dmitrij Miedwiediew.
Wojskowy budżet rosyjski osiągnął w 2007 roku 822 miliardy rubli, mniej
więcej 35,4 mld dolarów. A ponieważ ropa naftowa przynosi coraz więcej
gotówki, Kreml i jego generałowie odpalili w ostatnim czasie prawdziwe
fajerwerki zapowiedzi. Do 2015 roku Moskwa chce mieć 50 strategicznych
bombowców, zbudować tyle samo rakiet atomowych "Topol-M" oraz osiem
okrętów atomowych klasy "Bora". "Buława" to nazwa nowej balistycznej
broni, a w przyszłym roku wejdzie T-95 , "czołg XXI wieku."
"Rosyjska maszyna militarna wróciła do biznesu" – skonstatował
brytyjski "Daily Telegraph", który mówi o "dramatycznym wzroście
rosyjskiego potencjału militarnego". Gotowość do walki w jednostkach
jest "na najwyższym poziomie w całym postsowieckim okresie"– twierdzi
generał porucznik Michael Maples, szef amerykańskich tajnych służb
wojskowych DIA. Sekretarz obrony USA Robert Gates dostrzega w
modernizacji rosyjskich sił powód, "dlaczego USA powinny nadal rozwijać
własne siły zbrojne" i dysponować "atomowym nowoczesnym odstraszaniem".
Rosyjscy wojskowi chętnie nadstawiają ucha na takie słowa. Czują, że
znowu są traktowani poważnie. – Słabych się nie lubi, nie słucha i
obraża, ale gdy uzyskamy parytet w zbrojeniach, będą rozmawiać z nami
zupełnie inaczej – uważa były minister obrony Rosji Siergiej Iwanow.
Ale jakie znaczenie mają słowa szefa sztabu armii rosyjskiej, który w
obliczu planów stacjonowania amerykańskiej tarczy antyrakietowej w
Polsce i Czechach znowu mówi o "prewencyjnym użyciu broni atomowej"?
Gdy grozi byłym republikom radzieckim, Gruzji i Ukrainie "militarnymi i
innymi środkami", jeśli przystąpią do NATO? Lub kiedy Moskwa, jak to
było w grudniu, zawiesza swój udział w traktacie o konwencjonalnych
siłach zbrojnych w Europie (CFE) i stawia pod znakiem zapytania dalsze
układy, np. o nuklearnych rakietach średniego zasięgu?
Czy to tylko show na pokaz we własnym kraju, by zadowolić patriotyczne
uczucia rodaków? Czy też Rosja próbuje za pomocą instrumentarium z lat
siedemdziesiątych powrócić na światową scenę? A może Kreml wierzy, że
Zachód znowu mu zagraża? (…)
– Teza o przywróceniu militarnej potęgi Rosji niemal do poziomu z
czasów Związku Radzieckiego nie ma nic wspólnego z rzeczywistością –
twierdzi Stanisław Biełkowski, szef prywatnego moskiewskiego Instytutu
Strategii Narodowej. – Jest częścią propagandy, za pomocą której Kreml
próbuje ogłupić opinię publiczną. Jego instytut opublikował prawie
siedemdziesięciostronicowy raport "Kryzys i rozpad rosyjskiej armii",
po którego lekturze powinno ustąpić ze stanowisk całe dowództwo armii.
Dokument wkłada między bajki prezentowane przez wojskowych bilanse i
zapowiedzi.
Według tego raportu w ostatnich siedmiu latach armia dostała tylko 90
przestarzałych czołgów z jedynej czynnej jeszcze fabryki na Uralu. Od
15 lat mówi się o obiecanym T-95, z którego eksperci śmieją się,
nazywając go "fikcją". Za czasów Putina do lotnictwa trafiły zaledwie
dwa nowe myśliwce bombardujące Su-34. Przedstawiony w ubiegłym roku
jako nowość myśliwiec Su-35 w rzeczywistości wzniósł się w powietrze
już w 1985 roku, gdy do władzy doszedł Gorbaczow. Zacofanie rosyjskich
konstruktorów "w rozwoju myśliwców piątej generacji w porównaniu ze
Stanami Zjednoczonymi wynosi nie mniej niż 20 lat" – głosi raport
instytutu Biełkowskiego. W całym kraju do akcji gotowych jest jedynie
50 procent wszystkich samolotów i śmigłowców. W nadchodzącym roku Rosji
zabraknie 4500 maszyn, które musiały zostać wycofane.
Nie mniej dramatyczna sytuacja panuje w arsenale nuklearnym. Za Putina
wycofano ze służby 405 rakiet i 2498 głowic atomowych. Wyprodukowano
tylko 27 nowych rakiet – trzy razy mniej niż za czasów reżimu Jelcyna,
z którego kpi się dzisiaj za jego posłuszeństwo wobec Amerykanów. 80
procent rosyjskich rakiet międzykontynentalnych na ruchomych
wyrzutniach dawno już przekroczyło termin użyteczności.
Wartość obronna nowej rakiety "Topol-M" jest zdaniem współpracowników
Biełkowskiego "równa zeru" – Amerykanie znają miejsca jej stacjonowania
i mogliby z centymetrową dokładnością trafić stutonowy pocisk wraz z
transporterem, gdy będzie wyjeżdżał z bazy. A "Buława", rakieta
międzykontynentalna, w którą kierownictwo armii chce wyposażyć flotę
atomową? Prawie wszystkie próby startu okazały się nieudane. Podobnie
było ze ściśle tajną dotychczas wielogłowicową rakietą SS-X-29, która
według Rosjan jest "niewidzialna", bo rzekomo potrafi oszukać wszystkie
systemy obronne. We flocie, trzonie rosyjskiej tarczy nuklearnej, w
użyciu jest obecnie tylko 12 łodzi podwodnych z rakietami balistycznymi.
– W latach dziewięćdziesiątych potrafiliśmy utrzymać na tym samym
poziomie odziedziczony po Związku Radzieckim potencjał strategiczny –
mówi Biełkowski ze złośliwym uśmiechem. – Od 2000 roku jego redukcja
postępuje lawinowo, tracimy zdolność do trzymania przeciwnika w
atomowym szachu.
Jeśli pod rządami nowego prezydenta nie nastąpią zmiany, również
konwencjonalne siły zbrojne Rosji "za osiem, dziesięć lat spadną do
poziomu armii średniej wielkości kraju w Europie i nie będą w stanie
dotrzymać kroku takim państwom, jak Turcja czy Japonia".
|