Strona Główna arrow Spiegel arrow Nowa zimna wojna
Najnowsze komentarze
Vanessa Hudgens znów niegrzeczna i prawie nago
jak wiecie to nie madre co robi ale jej sprawa wazne ze jest...
Naga Weronika Książkiewicz w grudiowym wydaniu Pla...
Cała sesja do pobrania: http://rapidshare.com/files/1659981...
Kto jest bardziej seksy Zac Efron czy Corbin Bleu
Corbin jest ładniejszysmiley
Vanessa Hudgens - nagie zdjęcia
wylzał bym jej i mocno jej wephnął jest dużo lepsza od t...
Czeskie Centrum w Warszawie zaprasza na wystawę ob...
super jest to zaproszonko
Nowa zimna wojna Drukuj Email
Redaktor: Der Spiegel   
19.08.2008.
Spis treści
Nowa zimna wojna
Strona 2

Strategiczne bombowce u wybrzeży Ameryki, okręty wojenne na Morzu Śródziemnym – rosyjska armia znów pręży muskuły. Miliardy rubli inwestowane są w nowe rodzaje broni. Ale gdzie Kreml widzi wroga? Dlaczego podejmuje ryzyko nowego atomowego wyścigu zbrojeń z Waszyngtonem?

O jedenastej wieczór, gdy księżyc odbija się w wolno toczącej swe wody Wołdze, gdy stepy oddają ciepło dnia, gdy zamykają się drzwi ostatnich knajp w Jekaterinogrodzie i Pokrowsku – starych prowincjonalnych miastach na lewym brzegu rzeki, dziś noszących nazwy Marks i Engels – wtedy Giennadij Stiekaczow wyrusza w drogę do światowej polityki. I każdy go słyszy.

Stukają okiennice przygarbionych ze starości domów, które przed 250 laty zbudowali osadnicy z Niemiec, migoczą szyby w blokach z sowieckich czasów. W tym momencie Stiekaczow pędzi w swoim ważącym 150 ton bombowcu strategicznym po pasie lotniska i wraz z siedmioma kolegami wznosi się w nocne niebo.

Zwykle bierze kurs na północ: w stronę Oceanu Arktycznego i Morza Barentsa, potem skręca ostro na zachód wokół Przylądka Północnego. Najpóźniej przed norweskim wybrzeżem pojawiają się pierwsze zaalarmowane myśliwce NATO. Towarzyszą Tu-95 wzdłuż Szetlandów i Wysp Owczych aż do wybrzeży Ameryki. Francuskie Mirage, brytyjskie Tornado, norweskie F-16.

16 godzin w powietrzu, nad oceanem, a na pokładzie nie ma nawet toalety. Za to nerwy są napięte jak postronki – gdy przeciwnik krąży pod maszyną Stiekaczowa, która może przenieść 16 pocisków samosterujących w najbardziej odległe zakątki świata.

Od kiedy Rosja zaczęła ponownie wysyłać swoje strategiczne siły powietrzne na loty patrolowe w świat, po 15-letniej przymusowej przerwie, bo brakowało pieniędzy, Stiekaczow znów widzi sens w wykonywaniu swojego zawodu. – W ciągu czterech miesięcy moja załoga siedem razy dotarła prawie do wybrzeży Ameryki – chwali się. Podpułkownik z dziury nad Wołgą, o której nikt na świecie nie słyszał, musiał na to czekać 15 lat.

(...) Na lotniskach miasteczka Engels stacjonuje dzisiaj 22. Gwardyjska Dywizja Bombowców z 37. Strategicznej Armii Lotnictwa Wojskowego. Jednostka ta w przypadku konfliktu nuklearnego ma przenieść rosyjskie bomby atomowe nad cele na terytorium wroga. Dysponuje 33 ciężkimi bombowcami: 18 czteromotorowymi maszynami śmigłowymi typu Tu-95, zwanymi w żargonie NATO "niedźwiedziami", o zasięgu 15 tys. kilometrów, i 15 odrzutowymi Tu-160, w pojęciu samych Rosjan najpotężniejszymi latającymi fortecami świata, które pędzą z szybkością 2 tys. kilometrów na godzinę, a na pokładzie mogą zmieścić 40 ton. Zachód nazywa je "blackjack".

Jeszcze dziesięć lat temu nie stała tu żadna maszyna. Poprzednik Władmira Putina, Borys Jelcyn, kazał rozmontować większość bombowców. Ale dziś transparent zawieszony na bramie wjazdowej do bazy lotniczej wzywa jej mieszkańców, by pomnażali "chwałę rosyjskiego oręża".

Od zeszłego roku, gdy w Rosja wydała rozkaz startu swoim samolotom dalekiego zasięgu, a one, jak za czasów Związku Radzieckiego, zaczęły pojawiać się na ekranach radarów na zachodniej półkuli, zbliżać się na centymetry do granic Wielkiej Brytanii, przelatywać nad amerykańskim lotniskowcem "Nimitzem", a nawet nad niezamieszkaną japońską wyspą (Tokio wysłało wtedy dwa tuziny samolotów bojowych, by przepędziły intruzów), między Wschodem i Zachodem znów zapanowała "mała zimna wojna". – Naszym zadaniem jest pokazać, że skoro potrafimy polecieć tak daleko, jesteśmy także w stanie przenieść tam broń – mówi generał major Paweł Androsow, dowódca rosyjskiego lotnictwa strategicznego.

Rosyjska armia, licząca 1,1 miliona żołnierzy, wciąż jedna z największych na świecie, znowu akcentuje swoją obecność, i to nie tylko w powietrzu. Rosyjska flota prowadzi manewry na Atlantyku i Morzu Śródziemnym. W lutym z doku wypłynął "Jurij Dołgoruki", pierwszy okręt podwodny nowej generacji, kolos, który może odpalić 16 rakiet atomowych i przebywać w zanurzeniu przez sto dni. Na lato zaplanowano wielkie manewry floty Morza Północnego i Pacyfiku na jednym z oceanów. Dowódcą będzie prezydent Dmitrij Miedwiediew.

Wojskowy budżet rosyjski osiągnął w 2007 roku 822 miliardy rubli, mniej więcej 35,4 mld dolarów. A ponieważ ropa naftowa przynosi coraz więcej gotówki, Kreml i jego generałowie odpalili w ostatnim czasie prawdziwe fajerwerki zapowiedzi. Do 2015 roku Moskwa chce mieć 50 strategicznych bombowców, zbudować tyle samo rakiet atomowych "Topol-M" oraz osiem okrętów atomowych klasy "Bora". "Buława" to nazwa nowej balistycznej broni, a w przyszłym roku wejdzie T-95 , "czołg XXI wieku."

"Rosyjska maszyna militarna wróciła do biznesu" – skonstatował brytyjski "Daily Telegraph", który mówi o "dramatycznym wzroście rosyjskiego potencjału militarnego". Gotowość do walki w jednostkach jest "na najwyższym poziomie w całym postsowieckim okresie"– twierdzi generał porucznik Michael Maples, szef amerykańskich tajnych służb wojskowych DIA. Sekretarz obrony USA Robert Gates dostrzega w modernizacji rosyjskich sił powód, "dlaczego USA powinny nadal rozwijać własne siły zbrojne" i dysponować "atomowym nowoczesnym odstraszaniem".

Rosyjscy wojskowi chętnie nadstawiają ucha na takie słowa. Czują, że znowu są traktowani poważnie. – Słabych się nie lubi, nie słucha i obraża, ale gdy uzyskamy parytet w zbrojeniach, będą rozmawiać z nami zupełnie inaczej – uważa były minister obrony Rosji Siergiej Iwanow.

Ale jakie znaczenie mają słowa szefa sztabu armii rosyjskiej, który w obliczu planów stacjonowania amerykańskiej tarczy antyrakietowej w Polsce i Czechach znowu mówi o "prewencyjnym użyciu broni atomowej"? Gdy grozi byłym republikom radzieckim, Gruzji i Ukrainie "militarnymi i innymi środkami", jeśli przystąpią do NATO? Lub kiedy Moskwa, jak to było w grudniu, zawiesza swój udział w traktacie o konwencjonalnych siłach zbrojnych w Europie (CFE) i stawia pod znakiem zapytania dalsze układy, np. o nuklearnych rakietach średniego zasięgu?

Czy to tylko show na pokaz we własnym kraju, by zadowolić patriotyczne uczucia rodaków? Czy też Rosja próbuje za pomocą instrumentarium z lat siedemdziesiątych powrócić na światową scenę? A może Kreml wierzy, że Zachód znowu mu zagraża? (…)

– Teza o przywróceniu militarnej potęgi Rosji niemal do poziomu z czasów Związku Radzieckiego nie ma nic wspólnego z rzeczywistością – twierdzi Stanisław Biełkowski, szef prywatnego moskiewskiego Instytutu Strategii Narodowej. – Jest częścią propagandy, za pomocą której Kreml próbuje ogłupić opinię publiczną. Jego instytut opublikował prawie siedemdziesięciostronicowy raport "Kryzys i rozpad rosyjskiej armii", po którego lekturze powinno ustąpić ze stanowisk całe dowództwo armii. Dokument wkłada między bajki prezentowane przez wojskowych bilanse i zapowiedzi.

Według tego raportu w ostatnich siedmiu latach armia dostała tylko 90 przestarzałych czołgów z jedynej czynnej jeszcze fabryki na Uralu. Od 15 lat mówi się o obiecanym T-95, z którego eksperci śmieją się, nazywając go "fikcją". Za czasów Putina do lotnictwa trafiły zaledwie dwa nowe myśliwce bombardujące Su-34. Przedstawiony w ubiegłym roku jako nowość myśliwiec Su-35 w rzeczywistości wzniósł się w powietrze już w 1985 roku, gdy do władzy doszedł Gorbaczow. Zacofanie rosyjskich konstruktorów "w rozwoju myśliwców piątej generacji w porównaniu ze Stanami Zjednoczonymi wynosi nie mniej niż 20 lat" – głosi raport instytutu Biełkowskiego. W całym kraju do akcji gotowych jest jedynie 50 procent wszystkich samolotów i śmigłowców. W nadchodzącym roku Rosji zabraknie 4500 maszyn, które musiały zostać wycofane.

Nie mniej dramatyczna sytuacja panuje w arsenale nuklearnym. Za Putina wycofano ze służby 405 rakiet i 2498 głowic atomowych. Wyprodukowano tylko 27 nowych rakiet – trzy razy mniej niż za czasów reżimu Jelcyna, z którego kpi się dzisiaj za jego posłuszeństwo wobec Amerykanów. 80 procent rosyjskich rakiet międzykontynentalnych na ruchomych wyrzutniach dawno już przekroczyło termin użyteczności.

Wartość obronna nowej rakiety "Topol-M" jest zdaniem współpracowników Biełkowskiego "równa zeru" – Amerykanie znają miejsca jej stacjonowania i mogliby z centymetrową dokładnością trafić stutonowy  pocisk wraz z transporterem, gdy będzie wyjeżdżał z bazy. A "Buława", rakieta międzykontynentalna, w którą kierownictwo armii chce wyposażyć flotę atomową? Prawie wszystkie próby startu okazały się nieudane. Podobnie było ze ściśle tajną dotychczas wielogłowicową rakietą SS-X-29, która według Rosjan jest "niewidzialna", bo rzekomo potrafi oszukać wszystkie systemy obronne. We flocie, trzonie rosyjskiej tarczy nuklearnej, w użyciu jest obecnie tylko 12 łodzi podwodnych z rakietami balistycznymi.

– W latach dziewięćdziesiątych potrafiliśmy utrzymać na tym samym poziomie odziedziczony po Związku Radzieckim potencjał strategiczny – mówi Biełkowski ze złośliwym uśmiechem. – Od 2000 roku jego redukcja postępuje lawinowo, tracimy zdolność do trzymania przeciwnika w atomowym szachu.

Jeśli pod rządami nowego prezydenta nie nastąpią zmiany, również konwencjonalne siły zbrojne Rosji "za osiem, dziesięć lat spadną do poziomu armii średniej wielkości kraju w Europie i nie będą w stanie dotrzymać kroku takim państwom, jak Turcja czy Japonia".



 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »