|
Strona 2 z 2
Ciąg dalszy...
Całe jezioro Naivasha otaczają foliowe tunele. Przypominają obwodnicę, morze z plastiku, cicho szeleszczące w podmuchach wiatru. Robotnice przechodzą między rzędami, przez długie godziny pochylają ku ziemi słabe pędy, żeby się nie złamały i rodziły nowe pąki. (…) Jedynym zadaniem kwiatów jest nieustanny wzrost, punktualnie co sześć tygodni. (…) – Po wymianie folii w szklarniach przerabiamy ją na plastikowe torby – opowiada Oulton.
Hodowca doskonale wie, co prasa wypisuje o różach pochodzących z Afryki czy Ameryki Południowej. Artykuły pojawiają się zwykle przed większymi świętami, kiedy zostaje puszczona w ruch kwiatowa maszyneria. Rynek starannie przygotowuje się na ten dzień. Na pąki róż zakłada się specjalne ochraniacze, zapobiegające przedwczesnemu rozwinięciu się płatków. Za każdym razem jest to podniecająca chwila. Ceny rosną, samolot za samolotem mknie na półkulę północną. Dzieje się tak na przykład przed Dniem Matki i Walentynkami.
Akurat w tym czasie prasa rozpisuje się o jeziorach zatrutym chemikaliami, o dumpingowych cenach, zmuszaniu do pracy dzieci, molestowaniu seksualnym, stosowaniu pestycydów zabronionych w Europie i braku kombinezonów ochronnych dla pracowników. Krążą rozmaite przerażające opowieści o wymiotach, alergiach, kłopotach ze wzrokiem, zachorowaniach na białaczkę i poronieniach. To nie są pomyślne wiadomości dla różanej branży. (…)
Pochylać się, spryskiwać, obcinać
W innym miejscu spotykamy się z pracownikami zatrudnionymi na farmie. Żaden nie chce podać nazwiska z lęku przed utratą pracy. Nie mają innego zajęcia, wszyscy żyją z róż. (…) Chcą jednak, by ludzie poznali warunki panujące na niektórych farmach. (…) Mężczyźni z ochrony opowiadają o cienkich mundurach, w których marzną w chłodne noce, robotnice o bólach kręgosłupa od ciągłego schylania się, pracownicy zajmujący się opryskami o zleżałych kombinezonach, w których muszą rozpryskiwać truciznę. Mówią o zniszczonych dłoniach, o kierownikach napastujących dziewczęta w odległych częściach farmy, o przełożonych wysyłających robotników tuż po zakończeniu oprysków w trujące opary. Farmy mają także nowiuteńkie kombinezony, ale wyciągają je dopiero z okazji przyjazdu działaczy Sprawiedliwego Handlu, Fair Flower Fair Plants (FFP), Flower Label Programm (FLP), Max Havelaar, Fairtrade i kto ich tam jeszcze zliczy. Sprawdzają, czy na farmach przestrzega się przepisów prawa pracy i standardów ekologicznych. Robotnicy narzekają na płace, wynoszące od 50 do 70 euro miesięcznie. Kiedy na bukietach przeznaczonych dla klientów angielskich supermarketów przyklejają nalepki z cenami, widzą, że ich dniówka to równowartość kilku róż. (…) Potem pakują kwiaty w ogromne kartony, nazywane trumnami. (…)
Na farmie pojawiają się ciężarówki. Podjeżdżają jak najbliżej, by nie wpuścić do hal wysyłkowych ani odrobiny ciepła. Ciężarówki kursują tam i z powrotem, po kilku godzinach docierają do miasteczka spedycyjnego na lotnisku w Nairobi. Tam czeka już David Kioko, który sprawdza temperaturę każdego kartonu. Osiem stopni, doskonale. (…) Tuż za nim podąża inspektor fitosanitarny. Szuka Helicoverpa armigera, afrykańskiego pasożyta słonecznicy orężówki, białych owadów Thysanoptera zwanych wciornastkami. – Wypuszczamy z kraju towar najlepszej jakości – stwierdza stemplując dokumenty przewozowe. (…)
David Kiko próbuje przekrzyczeć huk silników. – Co wy robicie z tyloma kwiatami? – pyta. – Stawiacie je na stołach tylko dla ich piękna? Nie potrafi tego zrozumieć, choć w branży kwiatowej pracuje od 19 lat.
Potem obserwuje start maszyny LH 8297, notuje czas odlotu. Europa kojarzy mu się z kontynentem zalanym morzem kwiatów.
Morze barw, feeria zapachów
Róża ma inne zmartwienia. Rankiem pozbawiono ją korzeni i wraz z setkami innych włożono do skrzyni. Jeżeli nie leci bezpośrednio do klienta, następnego dnia pojawia się w Bloemenveiling Aalsmmer pod Amsterdamem. Tu kwiaty wyjmuje się z kartonów, rozpakowuje pąki, a obcięte łodygi wkłada do wiader z wodą. Potem rośliny wędrują do chłodni na krótki wypoczynek w temperaturze czterech stopni. Czekają w otoczeniu 20 tysięcy gatunków i 45 milionów sztuk innych kwiatów. Przed Walentynkami sprzedaje się tu sto milionów róż tygodniowo. To szaleństwo Holendrzy nazywają bloemenlust.
Aalsmmer jest czymś w rodzaju punktu przeładunkowego. Tutaj rodzą się nowe trendy i ceny. Tu robią zakupy drobni hurtownicy, których nie stać na zamówienie kwiatów bezpośrednio u producenta. Miejscowi fachowcy wiedzą, że Niemcy kupują najchętniej kwiaty o zamkniętych pąkach, pyszałkowaci Rosjanie wolą duże, okazałe róże, a najwięcej pieniędzy na nie wydają Szwajcarzy. W żadnym miejscu na kuli ziemskiej nie da zobaczyć tylu kwiatów naraz. Morze barw, upojenie pięknem o piątej nad ranem. Hurtownicy przechadzają się po gigantycznej chłodni i taksują wzrokiem kwiaty, które potem kupią. Pracownicy jeżdżą po budynku rowerami, by szybko dotrzeć do każdego miejsca.
Aukcja odbywa się za pośrednictwem tzw. zegarów. Umieszczono na nich zdjęcia poszczególnych gatunków, nazwisko hodowcy, ocenę solidności farmera. Wraz z cofaniem się wskazówek zegara cena spada błyskawicznie o kolejne centy. To pomysł holenderski. Hurtownicy siedzą przed trzynastoma zegarami niczym studenci na sali wykładowej. Każdego ranka ubija się tu 45 tys. transakcji. Cała aukcja trwa zaledwie kilka sekund. Jeśli brakuje chętnych, samochód z kwiatami wędruje prosto na kompost.
Ale róży jest to już obojętne. (...) Teraz jej los zależy od klienta, a ten potrafi być okrutny. Nosi kwiaty w skwarze, nie wkłada ich do wody, zapomina podciąć przed wstawieniem do brudnego wazonu. Na dodatek tuż obok stawia koszyczek z owocami. Te wytwarzają etylen, przyspieszający proces dojrzewania. (...)
Lex Voorn uśmiecha się pod nosem. Jego róże przetrzymają największe męki. Daje gwarancję, że odmiana Avalanche postoi w wazonie cale dwa tygodnie. Dla królowej wszystkich kwiatów to czternaście ostatnich, być może najgorszych dni w jej życiu.
Karin Steinberger

|